|
JAK TO SIĘ
ZACZĘŁO - PAMIĘTNIK
WITAM WSZYSTKICH
BARDZO SERDECZNIE!
Mam na imię
Agnieszka, moja pasja związana z tą niesamowitą rasą jaką są
bulteriery zaczęła się namacalnie od 1998 roku, piszę namacalnie, bo
odkąd pamiętam chciałam mieć bulika. W moim rodzinnym domu zwierzęta
były od zawsze, psy miały rodowody, ale wystawy były nam obce, bo na
jaką wystawę zgłosić jamnika, naszą Alfę, gdy miała biedaczka "małą"
nadwagę- 18 kg!! Po jej odejściu w wieku 11 lat błagałam moją mamę,
żebyśmy kupiły bulteriera, ale usłyszałam, że "świni w bloku hodować
nie można" i znowu moje marzenie odsunęło się na kilka lat, bo
domownicy zadecydowali, że kupimy sznaucera miniaturę lub średniego,
w wyniku braku w pobliżu tych dwóch odmian kupiliśmy olbrzyma- Tarę.
Wtedy zaczęła się moja przygoda z wystawami (bo nikt z domowników
się dotego nie palił), wielkich sukcesów nie odniosłyśmy ponieważ
mimo, że sunia była nienajgorsza to nienawidziła wystaw, a ja
jeszcze wtedy jako 15-16 latka nie umiałam jej do tego zachęcić.
Wystawy wciągnęły mnie całkowicie, problem był "jedynie" taki, że
nie miałam z czym jeździć, więc postanowiłam wystawiać psy moich
klientów. Bo dodać muszę, że dzięki kupnie sznaucera założyłam
Gabinet Psi Styl i stałam się groomerem oraz handlerem. Klienci
chętnie zgadzali się na moje propozycje i mogłam robić coś co
lubiłam.
Oprócz wystaw udzielałam się w tym czasie również w świeżo założonym
Związku Kynologicznym w Lesznie, corocznie asystowałam przy
przeglądach hodowlanych i miałam szczęście pracować tam z dwoma
wspaniałymi sędziami: Andrzejem Kaźmierskim i Piotrem Królem. To oni
podczas długich rozmów utwierdzili mnie w przekonaniu, że bulterier
to wspaniała rasa i warto się nią bliżej zainteresować - za co z
całego serca im dziś dziękuję! Wskazali mi wówczas jedną hodowlę z
której suczka wiodła właśnie prym na każdej wystwie na jakiej się
pojawiła. Na najbliższą wystawę jechałam tylko po to, aby ją
zobaczyć i... ponownie zakochałam się w bulterierach. Cała Biała
Timar pani Oli Jastrzębskiej zachwyciła mnie w każdym szczególe, ta
głowa, ciało, ruch i chęć pokazywania się było dla mnie czymś, co
zadecydowało,że muszę mieć bulika już, natychmiast. Niestety osobę w
moim wieku nie za bardzo było stać na szczeniaka po TAKIEJ suni, tym
bardziej, że wszelkie moje "dowiadywania" się odbywały się w
tajemnicy przed domownikami. Postanowiłam, więc poszukać dalej i na
jednej z wystaw chyba w Gorzowie poznałam państwa Jarząbków -
hodowla PULLERA. Mieli wówczas ze sobą szczeniaka bulteriera
pręgowanego, po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że w domu
została jeszcze suczka o tym samym umaszczeniu, a ja chciałam
suczkę! Umówiłam się z nimi, że w ciągu dwóch dni dam im znać czy
przyjadę ją obejrzeć. Wszystko ustalone, ale jak się do nich dostać?
Tu z pomocą przyszedł mi pasjonat psów i hodowca mastino napoletano
pan Włodek Kowalski. Późnym popołudniem wyruszyliśmy pod Wrocław
"obejrzeć" to cudo, mówiąc w domu, że jadę do znajomych. Całą drogę
bardzo się denerwowałam czy sunia mi się spodoba, bo nie tylko
chciałam mieć, ale również wystawiać. Gdy ją zobaczyłam to już było
mi wszystko jedno czy ma tylne nogi z przodu czy przednie z tyłu po
prostu była moja!! Państwo Jarząbek zapewnili mi wszelką pomoc,
gdybym miała jakieś problemy, więc byłam już zupełnie
usatysfakcjonowana i SZCZĘŚLIWA. Droga powrotna to znów nerwówka, bo
jak przedstawić mamie nowego domownika, czy Tara ją zaakceptuje? Do
domu wróciłam ok. drugiej w nocy i stwierdziłam, że obudzę mamę, aby
jej przedstawić sunię. O drugiej w nocy rozmowa była dość
chaotyczna, mama zapytała; "co to?!", pies- odpowiedziałam, " ale
jaki?!" - mama, bulterier- na to ja, chcąc załagodzić sytuację,"nie
kupiłaś??!"- na to pytanie tylko skinęłam głową. Chwila ciszy i mama
wzięła Pyzę na ręce i wycałowała. Kilka tygodni później powiedziała
mi, że wiedziała, że to kiedyś nastąpi. W tym samym czasie
usłyszałam od mamy, że Pyzunia ładna nie jest, ale bardzo
sympatyczna, a po pewnym czasie zaczęła się nazywać jej babcią. Pyza
rosła i była wspaniałym psem rodzinnym, ze sznaucerką zgadzały się
bardzo dobrze i odmłodziła nam już nie tak młodą Tarę, bo przy
bulterierze nikt nie może żyć w bezruchu. Na wystawach szło nam
bardzo dobrze, ale gdy została jedna wystawa do ukończenia
Mł.Champion'atu Pyza podczas zabawy piłką zerwała ścięgno krzyżowe w
kolanie. W lecznicy w której pracuję postanowiono nie czekać i na
drugi dzień była już na stole operacyjnym, a ja ryczałam jak wół.
Operacja była we wrześniu, rany goiły się rewelacyjnie, więc
postanowiłam ją zgłosić na Poznań, a tam w konkurencji 11 suk
dostałyśmy czwartą lokatę. Nasze dni upływały na wiecznych zabawach
i radości, wraz z Pyzą i moim (wówczas) przyszłym mężem pływaliśmy
na regatach w całym kraju, była maskotką ekipy pływającej.
Uwielbiała wodę i piłki oraz wszystkie kształty ją przypominające,
tak na przykład gdy nasza "córunia" z brzegu zobaczyła piękny,
okrągły kształt na wodzie to myśląc pewnie,że to boja do których nie
raz wyskakiwała z żaglówki rzuciła się do wody. My podążając
wzrokiem za kierunkiem jej skoku zobaczyliśmy, że to wcale nie boja,
jak nam się wszystkim zdawało, ale łysy facet spokojnie sobie
płynący. Rzuciliśmy się za nią wpław,ale dogonić taką zwolenniczkę
wody i piłek- to nie do zrobienia, więc mój mąż wbiegł na pomost i
po nim ją gonił, potem wskoczył do wody i dopadł bestię wodną,
zupełnie nie wiedziała o co nam chodzi, ale pana z łysinką nie
dopadła.
Był marzec Pyza nam zachorowała, lekarze stwierdzili, że to jakiś
wirus anginopodobny, bo naszej bulince powiększyły się węzły
podkolanowe, ale z upływem leczenia jej stan się pogarszał, coraz
więcej węzłów powiększonych i nasza sunia nie wyglądała już zbyt
dobrze, chociaż całą siłę i pogodę ducha miała niezmienną, tylko
wygląd jej zdradzał, że coś jest nie tak. Po tygodniu zaproponowano
mi, aby Pyzie pobrać krew- zgodziłam się od razu przecież trzeba jej
pomóc. Wyniki były tragiczne chłopaki sami nie wiedzieli jak mi to
powiedzieć, wiedzieli jak ją kochamy. Rozmowa przebiegła spokojnie,
tylko my ryczeliśmy, bo okazało się, że Pyza ma białaczkę.
Pocieszano nas, że "to" nie musi nastąpić tak od razu, że dostanie
lekarstwa i może pożyć jeszcze długie lata, ale los nie był łaskawy
ani dla niej, ani dla nas. Żyła jeszcze miesiąc, dając nam całą
siebie przecież żyła dla nas, a ja będąc wówczas w drugim miesiącu
ciąży modliłam się, aby ona mogła jeszcze zobaczyć nasze dziecko.
Tak marzyliśmy, aby nasza córka dorastała z tak wspaniałym psem
jakim była Pyza, ale nie wszystkie marzenia się spełniają. Agunia-
nasza córka zna Pyzę tylko ze zdjęć i naszych opowiadań, ale mówi,
że ją bardzo kocha.
Cierpienia Pyzuni przerwaliśmy 02.04.2001 o godzinie 13, nie
mieliśmy sumienia męczyć jej dłużej, kolega lek.wet. Rafał
Markiewicz przyjechał do nas do domu i zagwarantował jej spokojne
odejście na drugą stronę (za co dziękujemy mu z całego serca), aby
już zawsze biegała sobie z piłkami bez bólu i leków . Odeszła od nas
nie skończywszy nawet 3 lat.
DZIĘKUJEMY CI KOCHANA ZA CAŁY CZAS JAKI MIELIŚMY ZASZCZYT SPĘDZIĆ
W TWOIM TOWARZYSTWIE, KIEDYŚ SIĘ SPOTKAMY.
W ogromnym żalu tego samego dnia zadzwniłam do Państwa Jarząbków (Pullera),
ale niestety nie mieli żadnego miotu, ani w najbliższym czasie nie
planowali,a ja wiedziałam, że tylko małe bulątko może uspokoić nasze
serca pogrążone w smutku. Pojechaliśmy, więc do hodowli Zbysz-Bull i
tam wybrałam sobie sunię- pręguskę, która miała wówczas 5 tygodni,
odbiór miał być 13.04.01. Cały czas do tego dnia pamiętam jak przez
mgłę, pewnie dlatego, że cały czas ryczałam i w domu byłam gościem,
aby nie witały mnie puste ściany. Niestety nastąpiły komplikacje z
zamówionym przez nas bulkiem został sprzedany komuś innemu, wpadłam
w histerię,gdy hodowca zadzwonił z taką wiadomością, ale powiedział,
że ma jeszcze drugi 5-cio tygodniowy miot i jest tam pręguska. Po
godzinie siedziałam z NIĄ na rękach i tego samego dnia była u nas w
domu. Chłopaki z lecznicy o mało nie padli, ponieważ jak powiedzieli
myśleli, że jestem odpowiedzialniejsza, ale po takich
doświadczeniach nie mogłam jej zostawić, a po drugie dostawałam już
na głowę siedząc sama w domu. Bulinka nazywa sie FUNNY Zbysz-Bull po
domowemu Jajko ur.07.03.2001, nie muszę chyba mówić, że pokochaliśmy
ją od razu. Na drugi dzień pojechaliśmy z Jajkiem na grób Pyzuni w
strugach łez tłumaczyłam jej, że to, iż tak szybko kupiliśmy
drugiego bulka nie oznacza, że ją zapomnieliśmy, ale chcemy mieć coś
do kochania tak pięknego jak była ona.
Dalsze życie przebiegało na walce z Jajkiem, bo straszna cholera (w
dobrym tego słowa znaczeniu) z niej rosła, nie wiem ile razy
sadziłam na grobie Pyzuni drzewko, ale gdy tylko się odwróciłam
Jajko wlokło je zmasakrowane w ryjku- no tylko ją udusić. Rosło
Jajko wraz z moim brzuchem, aż gdy miała 8 m-cy ja trafiłam na
porodówkę i zaczęłam się zastanawiać jak to będzie po powrocie, bo
jak do tej pory sunia była na prawach jedynaka. Bałam się, że jej
zazdrość będzie ogromna, przecież musieliśmy ją zdegradować. Gdy
weszłam po 5 dniach do domu myślałam, że Jajko zwariuje ze szczęścia
i nagle Mała zaczęła płakać, bulinka zdurniała po czym zaczęła
szczekać, skakać i biegać dookoła, więc co było robić- trzeba jej
pokazać siostrę. Obwąchała ją dokładnie i od tego dnia były już
nierozłączne. Jajko już w pierwszym tygodniu miała urojoną ciążę, ze
względu na Małą, ciągle leżała pod jej łóżeczkiem, a gdy Agunia
miała się obudzić ona instynktownie to wiedziała i zaczynała
kursować od Małej do mnie- była po prostu cudowna. Gdy córa zaczęła
chodzić to dopiero zaczęła się jazda, one we dwie dogadywały się bez
słów, Aga cały czas wyjadała suche żarcie z psa miski, a Jajko
kładło się obok czekając, aż "szczeniak" się naje. Z wodą było
podobnie, tylko o ile psu miskę jak nie zjadł zabierałam, tak z wodą
był kłopot. Postanowiłam, że aby Mała się w niej nie utopiłam (bo
wkładała tam całą głowę) to będę lała tylko na dno, ale i to nie
zdało się na wiele bo Agunia moczyła wyciągnięte rękawy w wodzie i
znich wysysała całą zawartość- ohyda. Im dłużej ze sobą przebywały,
tym posiłki stawały się bardziej wspólne na co my nie mieliśmy
praktycznie żadnego wpływu.
Jajko wyrosło na ładną sunię i potwierdziły to również wystawy jest
championką (18 CWC) i to właśnie od niej w końcu chcieliśmy zacząć
hodowlę, ale... Zawsze coś, po pierwszym kryciu dostała ropomacicze,
na szczęście pracuję w lecznicy, ze wspaniałymi lekarzami i
postarali się, aby było wszystko dobrze. Następna cieczka i kolejne
krycie- niestety bezowocne, znowu cieczka, Jajko miała wtedy 4,5
roku i miało to być ostatnie krycie ze względu na wiek (jak na
pierwszy miot) i o zgrozo znowu ropomacicze, więc zgodnie z
zaleceniami poddaliśmy ją sterylizacji. Było to we wrześniu 2005, a
8 m-cy wcześniej na swoje imieniny kupiłam sobie jeszcze jedną suńkę-
Jedyna Taka Pullera, miała wówczas 9 m-cy. Kura, bo tak ją nazywamy
jest biała i całkiem przyzwoita.CDN...
|